„W cieniu Babiej Góry”

W CIENIU BABIEJ GÓRY

 

POJECHAŁY PSZCZOŁY, TRUTNIE

CHOCIAŻ BRZMI TO BAŁAMUTNIE

NA RAJD GÓRSKI DO BESKIDU

TRZEBA PRZYZNAĆ TO BEZ WSTYDU.

 

SPAKOWALI DO PLECAKÓW

BUTY, BLUZY, MAPY SZLAKÓW,

PRZEWODNIKI I APTECZKĘ…

KAŻDY WZIĄŁ TEŻ BUTELECZKĘ.

 

PRZECIEŻ MAJĄ URODZINY!

JUŻ DWA LATA, TO NIE KPINY!

GDY NA MIEJSCE JUZ PRZYBYLI

TO ZAWOJĘ ZOBACZYLI.

 

                                                   LECZ W SOBOTĘ TROCHĘ LAŁO

                                                   WIĘC NIC WIĘCEJ SIĘ NIE DZIAŁO.

                                                    CHŁODNO, MOKRO, WILGOĆ WSZĘDZIE ,

                                                   MOŻE JUTRO LEPIEJ BĘDZIE .

                                           

                                                    DRUGI DZIEŃ – HALA KRUPOWA,

                                                     SZCZYT POLICY , ŚMIETANOWA ,

                                                    PADA DESZCZ I CIEMNE CHMURY

                                                     ALE WSZYSCY PRĄ DO GÓRY .

 

                                                     KIEDY PRZYSZEDŁ TRZECI DZIEŃ,

                                                     W BABIEJ GÓRY WESZLI CIEŃ ,

                                                      BYŁY KLAMRY I ŁAŃCUCHY ,

                                                      DAŁY RADĘ DZIELNE ZUCHY !

 

                                                     STARY SKANSEN BYŁ WE WTOREK,

                                                     TRZY CHAŁUPY, KOŚCIÓŁ, DWOREK ,

                                                     I NIKOMU SIĘ NIE ŚNIŁO,

                                                     JAK SIĘ NA ORAWIE ŻYŁO.

 

WĘDROWALI TAK DNI WIELE

NASI DRODZY PRZYJACIELE.

ZDOBYWALI WIELKIE SZCZYTY

CHOĆ TO NIE SĄ DOLOMITY!

 

BABIA GÓRA ICH SKUSIŁA,

DAŁA ŁUPNIA, WYKOŃCZYŁA.

I ZDOBYLI TAK DIABLAKA,

MASZERUJĄC GÓRSKIM SZLAKIEM.

 

 

 

GDY SCHODZILI DO SCHRONISKA,

POPOŁUDNIE BYŁO  BLISKO.

CHOCIAŻ MOCNO PLAN NAPIĘTY

ROZBOLAŁY NOGI, PIĘTY.

 

POSZLI RAZEM WSZYSCY MĘŻNIE,

DYKCIO WOŁA: DALEJ, PRĘŻNIE!

W KARCZMIE PRZECIEŻ CZEKA PIWO,

PRZYSPIESZYŁY TRUTNIE ŻYWO.

 

PSZCZOŁY TEŻ BYŁY SPRAGNIONE,

POGONIŁY – JAK TO ONE.

CZAS ROZPOCZĄC URODZINY!

WSZYSCY MAJĄ KRZEPKIE MINY.

 

TAK ŚWIĘTUJĄ PSZCZOŁY, TRUTNIE,

LECZ WESOŁO A NIE SMUTNIE.

TOAST JEDEN, DRUGI, TRZECI…

A TU ŻYĆ NIE DAJĄ DZIECI.

 

DEKLARACJE WYKRZYKUJĄ,

Z KÓŁKA ZNÓW SIĘ WYPISUJĄ.

DOSYĆ TEGO, DOSYĆ BASTA!

TRZEBA WRACAĆ JUZ DO MIASTA.

 

TRZEBA WRACAĆ POLSKIM BUSEM.

TROCHĘ JAKBY POD PRZYMUSEM.

ZNOWU WSZYSCY SĄ ZMĘCZENI,

Z KASY BARDZO WYCZYSZCZENI.

 

NIEWYSPANI, LEDWIE STOJĄ…

LECZ ŻEGNAJA SIĘ Z ZAWOJĄ.

I WRACAJA TAK TURYŚCI,

W GŁOWACH SIĘ KOŁACZĄ MYŚLI.

 

GDZIE POJECHAĆ? GDZIE ZA ROK?

TU PRZERWIJMY MYŚLI TOK…

PRZECIEŻ TO JEST OCZYWISTE,

W GÓRY BO SĄ ZARĄBISTE!

                     

                                            /BEATA KOWALSKA – KOŁO PTTK „PSZCZOŁY I TRUTNIE”

Loading